PiS nie jest też zainteresowane in vitro, co jednak pokazuje, że ideologia jest ważniejsza niż demografia. PiS nie chce bowiem powiększać narodu kosztem utraty poparcia hierarchów. Ktoś, kto myśli, że wydłużenie do roku urlopów macierzyńskich lub bonus w postaci gotówki zwiększy chęć posiadania dzieci to się myli. W każdym razie na dłuższą metę. Gdy PO wydłużyło urlopy macierzyńskie jedynym efektem była utrata pracy przez kobiety, które łakomie się na te urlopy rzuciły. Tylko co potem? Liczyć na męża, przy tak dużej liczbie rozwodów i tak niskiej spłacalności alimentów? Czy liczyć na państwo, które da 500 złotych i każe siedzieć w domu, bo PiS ceni tradycję a nie pracę i niezależność kobiet. Trochę jak w islamie. PiS jest wrogiem żłobków, przedszkoli (te 500 zł na dzieci wystarczyłoby do zaspokojenia więcej niż połowy zapotrzebowania na przedszkola) i lubi, by dzieci nie uczyły się zbyt wcześnie (do siedmiu lat widzi je u boku mamusi). Byleby dzieci zbyt wcześnie się nie uczyły a kobiety miały czym się zajmować w domu i nie zajmowały mężczyznom miejsc pracy.
Gdyby komukolwiek zależało na podniesieniu współczynników demograficznych to zobaczyłby jak to się robi we Francji, gdzie jest najwyższy współczynnik przyrostu naturalnego przy jednoczesnym szacunku wobec wszystkich praw kobiet. Znacząca część kobiet wychowujących dzieci pracuje, nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce. Mają zapewnioną opiekę żłobkową, przedszkolną, domową. A państwo inwestuje w naukę, kulturę, sport i przyszłość dzieci a nie bezpośrednio w domowe budżety, nad którymi tradycyjnie władzę ma mężczyzna. I ten, co pracuje i ten, co pije. I ten co jest sprawcą przemocy i ten co kocha, choć ma własne potrzeby. Dziecko poczeka. 500 złotych przyda się na coś innego.
Poza tym kobiety chętniej rodzą nie tylko wtedy gdy mają zapewnione długoterminowe bezpieczeństwo socjalne dla siebie i dla dzieci, ale również wtedy gdy traktuje się je podmiotowo, jako istoty wolne, które mogą się realizować na różne sposoby nie tylko w macierzyństwie. W Wielkiej Brytanii kobiety mają pracę, wszystkie prawa reprodukcyjne (edukację seksualną, antykoncepcję, prawo do aborcji, do bezpłatnego in vitro), niezależność. Mogą więc wybierać i najczęściej wiedzą, kiedy się zdecydować na odpowiedzialne rodzicielstwo. Tam jest łatwiej. Tu kobiety traktowane są jak inkubatory a przymus rodzenia spowodowany brakiem praw reprodukcyjnych – ubezwłasnowolnia je. Wydamy więc miliardy z naszych własnych kieszeni, żeby zafundować PiSowi sny o demograficznej potędze. I na snach się skończy. A żłobków jak nie było tak nie będzie.
